O nas

O nas

  Wielce zastanawiające jest czy człowiek rodząc się, odczuwa od razu otaczającą nas zewsząd muzykę. Pewnie były już robione na ten temat badania i naukowcy (zapewne amerykańscy) więcej lub mniej na ten temat wiedzą.

    W naszym wypadku nie wyssaliśmy zamiłowań muzycznych wraz z matczynym mlekiem, choć talenty rodzinne były. Pozostały jednak w zarodku i rozkwitały tylko przy większych i mniejszych familijnych spędach. Jakimś jednak trafem, nie wiem czy za sprawą tzw. Siły Wyższej, albo układu gwiazd (nie tych w Party, czy Show), albo przeznaczenia (czytaj: przypadku) gdzieś od wieku  komunijnego zbiegającego się z późnym komunizmem, wraz z bratem przejawialiśmy nieodparte chęci  prezentowania (popisywania się) naszych wątpliwych (jeszcze wtedy) artystycznych (cóż za wielkie słowo) dokonań (zamierzeń).  Efektem tego nie był wprawdzie upadek komunizmu, (komunię przyjęliśmy z pokorą) ale połamanie kilku stołów (scen niedoskonałych) zniszczenie sterty płyt (analogów) igieł gramofonu Bambino 3 (może 4) podczas naszych  występów, kiedy to sprowadzaliśmy całą ferajnę rówieśników  do naszego  M4  ze wszystkich kondygnacji osiedlowego czteropiętrowca.

    Niech żyją  tolerancyjni rodzice zamiłowani w brydżowych zmaganiach. Zawsze wracali późno i nigdy nie było śladu po kolejnych domowych „koncertach”. Wprawdzie to było tylko nieudolne naśladowanie ówczesnych gwiazd: Africa Simone, zespołu Christie,  Boney M – wszystko na pocztówkach dźwiękowych (młodszych odsyłam do Wikipedii), ale radocha była i bakcylek został subtelnie wciągnięty (to się wtedy wciągało).

    Tak  nie do końca świadomi naszych pasji, dotrwaliśmy do wieku późnopodstawówkowego,  kiedy to dziecięca sielanka trwała okrągłych osiem klas. Mniej więcej wtedy, kiedy pełnia wolności  „Solidarności” miała się już niedługo skończyć brakiem  „Teleranka” doznałem olśnienia słuchając po raz pierwszy w życiu brzmienia gitary „na żywo”. Nie było to może zbyt wielkie wydarzenie artystyczne, bo usłyszałem je na komunijnym przyjęciu chrześniaka mojego ojca, który mimo, że małolat (8 lat), potrafił już zaakompaniować Bonnie Tyler –„It’s a Heartache”.  Nie znałem wprawdzie znaczenia tytułu tej piosenki, a Jacuś raczej śpiewał to po „norwesku”. Jednak ból serca zawsze już trwał, kiedy długo nie słyszałem gitary …

    Dalej wszystko potoczyło się jak w kalejdoskopie: wszystkie wtedy zaoszczędzone pieniądze przeznaczyłem na najtańszego Defila – słynna polska marka, i razem z pukającym się w czoło tatusiem udaliśmy się na toruńską Mostową w celu zakupu owego dzieła sztuki lutniczej. Przez najbliższe kolejne miesiące zachowywałem się mniej więcej tak jak  na lekkim haju , a dokładnie zamykałem się w pokoju na kilka godzin i mimo, że nie umiałem nawet nastroić gitary, brzdąkałem nieprzerwanie dopóki  rodzice nie przywołali mnie do porządku prosząc na obiad  tudzież nakłaniając mnie do nauki.

     Równolegle do mojego nałogu, rozwijało się uzależnienie mojego brata (brachola, brejdaka), ale instrument wybrał sobie nieco bardziej „szkodliwy” dla otoczenia. Od małego przejawiał niepohamowaną  potrzebę walenia we wszystko co wydawało  ciekawe, a przy tym głośne dźwięki. Choć wszelakie kuchenne naczynia miał  na swoim wyposażeniu, to wolał jednak bardziej wysublimowane brzmienie. Producent szachów magnetycznych z małymi namagnesowanymi figurkami nigdy się pewnie nie dowie, że jego szachy były przyczynkiem do otwarcia oczu,
a właściwie uszu na perkusyjne brzmienie. Nic tak podobnie nie brzmiało do werbla, jak owe szachy zamknięte wraz z zawartością naśladującą charakterystyczny dźwięk werblowych sprężyn.

    Odtąd ulubionym prezentem jaki pragnął otrzymać mały Zbyś były szachy. Jego gra w szachy była tak intensywna, że przerobił ich w ciągu roku ok. 8 kompletów, dopóki rodzice nie połapali się w zdolnościach jakie przejawiał ich starszy synalek.

C.D.N.

Ryś

Kontakt

Zbigniew Gajewski
tel. 691 156 323
zbigniewgaj@wp.pl